No więc tu Anonimek i zero Violetty. Pomęczę was trochę moimi opowiadaniami! Miłego czytania. :3
***
Cholera, spóźnię się! - Toby krzyknął na siebie w myślach biegnąc do wyjścia. Po drodze zabrał kurtkę i portfel. Dnia dzisiejszego zdecydowanie za wolno zbierał się z łóżka. Szybko wsiadł to tramwaju, nawet nie kupując biletu. Miał gdzieś egzystencję kanarów, a oni mieli gdzieś egzystencję jego. Mimo to nerwowo tupał w podłogę i w głowie nucił "spóźnię się, spóźnię, jak ten idiota~". Cóż, każdy ma swoje dziwactwa.
Na jego przystanku, czyli szpitalu psychiatrycznym, wysiadł. Brzmiało ciekawie i nieciekawie, zależy od upodobań, ale... No nie było. Sam Toby był tak zwanym terapeutą, chociaż sam wolał na siebie mówić po prostu "specjalista od normalnych inaczej". I mimo to, że irytowały go na przykład takie nastolatki z problemami typu "nie kocha mnie nikt, więc chcę umrzeć, ale tego nie zrobię, bo jednak ktoś mnie kocha", to starał się jak mógł, żeby każdemu pomóc. No i to się nazywa masochizm.
Nie spóźnił się na szczęście i pognał do swojego gabinetu, zaczynając swoją rutynę. Ale cóż, wbrew pozorom siedzenie w psychiatryku nie było takie złe.
Przynajmniej tutaj przypadki były zupełnie poważniejsze i prawdziwe.
Ucieszył go fakt poprawy stanu jego "ulubionej" pacjentki - Lauren.
Lauren była drobnym, wiecznie rozczochranym rudzielcem, ironicznie zupełnie pozbawionym piegów. Miała trudną przeszłość (znęcający się mąż), ale jaśniejszą przyszłość. Krótko mówiąc, mimo wszystko starała się uśmiechać i ogólnie robiła spore postępy w terapii. Miała jednak charakterek i lubiła dogryzać każdemu w okolicy. Dla żartów, ale jednak celnie.
- Dzień dobry doktorze. - Skłoniła się ironicznie, a Toby pomyślał, jak bardzo przypomina mu ona Meridę Waleczną z disney'owskiego filmu. Uśmiechnął się nieco, czując że poprawiło mu to humor.
Cóż, sprawą trochę smutną było, że jego jedyni przyjaciele w jakiś sposób są mentalni, ale... Jemu to nie przeszkadzało.
A jak jemu nie, to komu miało?
Tym razem nie omieszkał poinformować Lauren o Meridowym spostrzeżeniu, a ona natychmiast odgryzła się mówiąc mu o postaci Czkawki z "Jak wytresować smoka".
- Jesteście identyczni w każdym calu. - Zaśmiała się, a on przewrócił oczami z poczuciem spełnionego obowiązku. Pracowanie i pomaganie ludziom w tym samym czasie, było całkiem satysfakcjonującym zajęciem.
Rozmawiał z Lauren jeszcze długą chwilę, aż musieli się pożegnać, gonieni czasem.
Czas to zając i ucieka, pomyślał Toby, wiedząc, że to zupełnie absurdalne, a jego umysł natychmiast powędrował w stronę "Alicji z krainy czarów" i skończył na myśli, że taką pacjentkę w sumie też mają.
Jednakże szybko skupił się na następnym pacjencie.
Nowym pacjencie.
Z zaciekawieniem, przejrzał jego kartę, którą wyjątkowo (lub też nie) posiadał.
Już po krótkim przeglądzie mógł stwierdzić, że zaraz wejdzie tu dziwny człowiek.
I nie pomylił się, chociaż na początku tak stwierdził.
Do gabinetu sprowadzono mu dość wysokiego bruneta, najpewniej w wieku podobnym do jego.
Zaskakującą rzeczą było to, że wyglądał on całkiem... Normalnie.
Nieco przydługawe włosy, blada twarz (co go w sumie nie dziwiło), zupełnie wyluzowana postawa i spokojne spojrzenie. Gdy tylko ujrzał Toby'ego, uśmiechnął się nieco.
Nie sprzeciwiał się żadnym poleceniom, jednak dwóch postawnych gości wprowadzających go skutecznie sprowadzały Reusa na ziemię i mówiły mu "tu stoi człowiek, który powinien tu być".
Rozmowę czas zacząć, nieco cynicznie pomyślał Toby, zachowując pokerową twarz, nawet gdy strażnicy wyszli, zostawiając go z nim sam na sam. Choćby człowiek ten był wyjątkowo niebezpieczny, dla niego nic to nie zmieniało. Dalej był tylko człowiekiem, który potrzebował pomocy.
Nawet jeśli był recydywistą...
Zapowiadał się niezły bałagan.
- Damien Cole, prawda? - pytany tylko pokiwał głową. - Więc, Damien, co cię do mnie sprowadza?
- Mnie nic. Oni... Oni uważają, że muszę tu być. - znowu kiwnął głową, tym razem na drzwi. - Więc jestem. Jakbym miał jakiś wybór, cholera. - Uśmiechnął się krzywo. - Więc, skoro przez najbliższy czas mam cię nie skrzywdzić i widzieć twoją w sumie nie brzydką twarz, jak się wabisz? - Lekarz zdziwił się nieco. No, to się nazywa odpowiedź prosto z mostu. Zmierzył go wzrokiem i odpowiedział zmieszany:
- Wabisz?
- Wabisz, nazywasz, przedstawiasz. Jak zwał tak zwał, chciałbym tylko odpowiedzi.
- Toby Reus. - Odpowiedział z westchnieniem. - I w sumie dziwi mnie, że tego nie wiesz. Nie zostałeś poinformowany?
- Może i zostałem, może i nie. Troszeczkę się wyłączam jak za dużo gadają, rozumiesz? - Damien rozłożył się na kanapie, zupełnie nie dbając o jakiekolwiek zasady wychowania. W sumie, czego tu oczekiwać od ludzi znajdujących się w tym miejscu?
Matko, jakim cudem ja się tu w ogóle znalazłem? - nagle pomyślał Toby.
No, go wzięło na rozkminy życiowe.
- Więc... Dlaczego "oni" uważają, że powinieneś tu być, Damien?
- Nie mów mi ciągle po imieniu. Niby czuję się zaszczycony, doktorku, ale po czasie się to robi nienaturalne i sztywne. - Toby zauważył, że Cole uparcie unika bezpośrednich odpowiedzi... Ta, to był ten typ co "ustanawia własne zasady gry". I cholera, na razie mu szło. - No już nie patrz się tak na mnie, wyglądasz jak szczeniaczek, któremu ktoś zabrał kosteczkę. - Pacjent zaśmiał się. - Cóż, jestem tutaj, bo byłem bardzo niegrzeczny. - Zwrócił swój wzrok na Toby'ego i obejrzał go od góry do dołu, wystawiając język. Pod wpływem stalowego spojrzenia Reus poczuł się dziwnie... Niezręcznie. Kuźwa, był pewien, że jeśli potrwałoby to jeszcze choćby chwilę, to zrobiłby się czerwony jak pomidor.
- Co takiego zrobiłeś? - zapytał, nieco odwracając wzrok i przerywając ciszę. Przegrał z psycholem, świetnie. - Możesz mi opowiedzieć, wiesz?
- Ano mogę. - Cole wrócił do swego szelmowskiego i nieco bezczelnego uśmiechu. - Ale wiesz, te kamery mnie wyjątkowo dekoncentrują... Mógłbyś..?
- W porządku. - Toby mocno ociągał się z tą decyzją. Na pierwszy rzut oka widać było, że Damien to nie miś tuliś i taki zabieg za bezpieczny nie będzie. A pomimo tego, z równą sobie masochistyczną determinacją, wykonywał jego polecenia. Był nieco za bardzo zaintrygowany całą osobą Damiena, coś niesamowicie go pociągało w tej dziwnej sylwetce. Więc, wbrew zdrowemu rozsądkowi i właściwie na dyktando niejakiemu szaleństwu, postanowił mu zaufać.
Więc teraz z własnej woli, bez zabezpieczeń siedział w jednym pokoju z czarującym i bezczelnym psycholem. Oblał go zimny dreszcz, a adrenalina zakotłowała się w żyłach. Miał ochotę zaśmiać się nerwowo, bo pierwszy raz czuł, że coś jest nie tak.
Był niemal podniecony tą sytuacją.
I przez to czuł się źle, naprawdę źle.
Wreszcie postanowił się odezwać, pilnując, żeby głos za bardzo nie zdradzał jego stanu;
- A teraz czujesz się wyjątkowo skupiony?
***
Edit: Jej, jeden rozdział poprawiony! Zostało jeszcze z... Dziesięć. ;-;
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz