- Niech będzie, że tak... Więc co właściwie mam robić na tych niby dziennych wizytach? - I ponownie, Toby był... Zaskoczony. Nie do końca wiedział, jak w ogóle można tego nie wiedzieć. Cóż, niby różnych ludzi różnie wychowano, ale to było... Zadziwiające.
- No więc... - Zaciął się na chwilę, spoglądając na swego pacjenta. - Więc ja stoję, słucham i staram się ci doradzić, a ty opowiadasz o swoich... Problemach...
- A co jeśli nie mam problemów? - Odpowiedział natychmiast brunet, podnosząc się nieco. Emanował wręcz typowym sceptykiem. Tylko, że w tym wypadku było to zwyczajnie głupie.
- Widzisz... Nie chciałbym być jakiś niemiły czy coś...
- Jak najbardziej zezwalam. - I znowu ten sam uśmiech.
Uśmiech, który u Toby'ego powodował palpitację serca.
Z każdych możliwych powodów.
- Jeśli tu jesteś, to coś na pewno musi być nie tak. - Odparł mało formalnie. Widząc jak Damien wywraca oczami, szybko sprostował. - Oczywiście, jeśli chcesz, to możesz też mówić o przeszłości.
Damien gwałtowanie się wyprostował i zesztywniał. Teraz wyglądał raczej... Niebezpiecznie.
- Więc chcesz wiedzieć o przeszłości?
- Zrozumiem jeśli jest coś bolesnego, lub...
- Więc chcesz słyszeć o tym, jakimi śmieciami społeczeństwa byli moi rodzice? A może o tym jak się na mnie wyżywali? - Nie było śladu po tym wyluzowanym człowieku, który tu wszedł. Ten Damien był właściwie... Przerażający.
Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie, gdy przekrzywił głowę. Powoli, niespiesznie podniósł się z miejsca, nie spuszczając wzroku z Toby'ego. - A może o tym jak bardzo zjebane relacje miałem z moją ex, hm? - Prawie warczał, zamiast mówić, obnażając białe zęby.
Nie wyglądał jak człowiek, bardziej jak nabuzowany, dziki wilk.
I się zbliżał.
Zbliżał się na zbyt niebezpieczną odległość.
- Och, a może ta najlepsza część. - Był już na tyle blisko, aby dłonie położyć na biurku, o które opierał się Toby. - O tym jakie to uczucie pozbawić te śmieci życia?
Reus mógł poczuć kciuki wbijające się w jego biodra, gorący oddech na twarzy.
To było aż nadto prawdziwe.
Aż nadto przerażające.
Mimo to, trzymał fason, nie mógł przecież tak łatwo się poddać.
Nie mógł tak łatwo dać się przestraszyć.
Nie zmieniając wyrazu twarzy, obserwował jak usta Damiena rozciągają się w spaczonym szaleństwem uśmiechu.
Chwilę potem, Cole zachichotał, odzywając się wreszcie.
- Najcudowniejsze w moim życiu. Widzisz, obydwoje nie byli aniołami, czyli coś po nich odziedziczyłem. Tego dnia... Padał śnieg. Moja matka wparowała do kuchni, jak zwykle drąc się na mnie, jakbym był winny najgorszej rzeczy na świecie. I byłem. Byłem winny temu, że jeszcze żyli. No właśnie, szkopuł w tym, że nie byłem w humorze... Więc ją zabiłem. W samoobronie. Dźgnąłem nożem, którym obierałem kartofle! - Znowu się zaśmiał, jak z najlepszego żartu na świecie.
Ale Toby'emu nie było do śmiechu, gdy Cole oparł głowę na jego ramieniu, dalej chichocząc.
To było chore, zupełnie nienormalne.
Ale Toby odchylił głowę nieco do tyłu i odwrócił ją w stronę tej czarnej czupryny.
Jego ciekawość z pewnością nie była czymś normalnym.
Czyżby on też zakrawał na szaleństwo?
- Potem zgoniłem na ojca, bo przecież on zawsze był taki! Nawet dałem mu się pobić, żeby być wiarygodnym! A potem śmiałem mu się w twarz, gdy nikt nie patrzał. "Biedny mały, co teraz pocznie? Jego matka musiała być..." Bla bla bla. - Tym razem ciepły oddech oplótł ucho Reusa. Przeszły go dreszcze. - Wydajesz się bardzo zainteresowany... Czyli, że dobrze wypadłem? - Zadziałało to na psychologa, jak kubeł zimnej wody. Odepchnął Damiena, zdecydowanie, ale nie za mocno.
Wyprostował się, by Cole nie patrzał na niego z przesadnej góry. Nie da się tak głupio zdominować, a już na pewno nie upokorzyć.
- Jak na pierwszą wizytę, aż za dobrze. - Uśmiechnął się, nie skąpiąc sobie zadziorności.
W końcu Damien nie był jedynym w pokoju, który posiadał jej aż na zapas.
Ale zamiast zaskoczenia, Reus ujrzał na twarzy Damiena jedynie większe zadowolenie.
- Cholera, podobasz mi się. Przypomnij, żebym zaprosił cię na małą prywatną wizytę jak już stąd wyjdę. - Toby uniósł brew, domyślając się intencji tamtego.
- Oczywiście. - Odpowiedział, nie szczędząc sobie sarkazmu. Oczywiście, nie powinien, ale... Skoro właśnie szczerości i zadziorności chciał Damien, to ją dostanie. Przelotnie spojrzał na zegarek i niemal zamarł, widząc, że czas spotkania już rychło dobiegał końca. - Cóż, przykro mi, ale na tę chwilę musimy skończyć. - Odpowiedział, znowu opierając się o biurko. Damien natomiast stracił całą swoją zwierzęcą postawę i wrócił do tego luzackiego bruneta, jakim się zrobił, wchodząc.
Przez resztę minut po prostu patrzeli na siebie w ciszy, mierząc się spojrzeniami.
I cisza pozostała w gabinecie Toby'ego, nawet po wyprowadzeniu Damiena.
- No więc... - Zaciął się na chwilę, spoglądając na swego pacjenta. - Więc ja stoję, słucham i staram się ci doradzić, a ty opowiadasz o swoich... Problemach...
- A co jeśli nie mam problemów? - Odpowiedział natychmiast brunet, podnosząc się nieco. Emanował wręcz typowym sceptykiem. Tylko, że w tym wypadku było to zwyczajnie głupie.
- Widzisz... Nie chciałbym być jakiś niemiły czy coś...
- Jak najbardziej zezwalam. - I znowu ten sam uśmiech.
Uśmiech, który u Toby'ego powodował palpitację serca.
Z każdych możliwych powodów.
- Jeśli tu jesteś, to coś na pewno musi być nie tak. - Odparł mało formalnie. Widząc jak Damien wywraca oczami, szybko sprostował. - Oczywiście, jeśli chcesz, to możesz też mówić o przeszłości.
Damien gwałtowanie się wyprostował i zesztywniał. Teraz wyglądał raczej... Niebezpiecznie.
- Więc chcesz wiedzieć o przeszłości?
- Zrozumiem jeśli jest coś bolesnego, lub...
- Więc chcesz słyszeć o tym, jakimi śmieciami społeczeństwa byli moi rodzice? A może o tym jak się na mnie wyżywali? - Nie było śladu po tym wyluzowanym człowieku, który tu wszedł. Ten Damien był właściwie... Przerażający.
Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie, gdy przekrzywił głowę. Powoli, niespiesznie podniósł się z miejsca, nie spuszczając wzroku z Toby'ego. - A może o tym jak bardzo zjebane relacje miałem z moją ex, hm? - Prawie warczał, zamiast mówić, obnażając białe zęby.
Nie wyglądał jak człowiek, bardziej jak nabuzowany, dziki wilk.
I się zbliżał.
Zbliżał się na zbyt niebezpieczną odległość.
- Och, a może ta najlepsza część. - Był już na tyle blisko, aby dłonie położyć na biurku, o które opierał się Toby. - O tym jakie to uczucie pozbawić te śmieci życia?
Reus mógł poczuć kciuki wbijające się w jego biodra, gorący oddech na twarzy.
To było aż nadto prawdziwe.
Aż nadto przerażające.
Mimo to, trzymał fason, nie mógł przecież tak łatwo się poddać.
Nie mógł tak łatwo dać się przestraszyć.
Nie zmieniając wyrazu twarzy, obserwował jak usta Damiena rozciągają się w spaczonym szaleństwem uśmiechu.
Chwilę potem, Cole zachichotał, odzywając się wreszcie.
- Najcudowniejsze w moim życiu. Widzisz, obydwoje nie byli aniołami, czyli coś po nich odziedziczyłem. Tego dnia... Padał śnieg. Moja matka wparowała do kuchni, jak zwykle drąc się na mnie, jakbym był winny najgorszej rzeczy na świecie. I byłem. Byłem winny temu, że jeszcze żyli. No właśnie, szkopuł w tym, że nie byłem w humorze... Więc ją zabiłem. W samoobronie. Dźgnąłem nożem, którym obierałem kartofle! - Znowu się zaśmiał, jak z najlepszego żartu na świecie.
Ale Toby'emu nie było do śmiechu, gdy Cole oparł głowę na jego ramieniu, dalej chichocząc.
To było chore, zupełnie nienormalne.
Ale Toby odchylił głowę nieco do tyłu i odwrócił ją w stronę tej czarnej czupryny.
Jego ciekawość z pewnością nie była czymś normalnym.
Czyżby on też zakrawał na szaleństwo?
- Potem zgoniłem na ojca, bo przecież on zawsze był taki! Nawet dałem mu się pobić, żeby być wiarygodnym! A potem śmiałem mu się w twarz, gdy nikt nie patrzał. "Biedny mały, co teraz pocznie? Jego matka musiała być..." Bla bla bla. - Tym razem ciepły oddech oplótł ucho Reusa. Przeszły go dreszcze. - Wydajesz się bardzo zainteresowany... Czyli, że dobrze wypadłem? - Zadziałało to na psychologa, jak kubeł zimnej wody. Odepchnął Damiena, zdecydowanie, ale nie za mocno.
Wyprostował się, by Cole nie patrzał na niego z przesadnej góry. Nie da się tak głupio zdominować, a już na pewno nie upokorzyć.
- Jak na pierwszą wizytę, aż za dobrze. - Uśmiechnął się, nie skąpiąc sobie zadziorności.
W końcu Damien nie był jedynym w pokoju, który posiadał jej aż na zapas.
Ale zamiast zaskoczenia, Reus ujrzał na twarzy Damiena jedynie większe zadowolenie.
- Cholera, podobasz mi się. Przypomnij, żebym zaprosił cię na małą prywatną wizytę jak już stąd wyjdę. - Toby uniósł brew, domyślając się intencji tamtego.
- Oczywiście. - Odpowiedział, nie szczędząc sobie sarkazmu. Oczywiście, nie powinien, ale... Skoro właśnie szczerości i zadziorności chciał Damien, to ją dostanie. Przelotnie spojrzał na zegarek i niemal zamarł, widząc, że czas spotkania już rychło dobiegał końca. - Cóż, przykro mi, ale na tę chwilę musimy skończyć. - Odpowiedział, znowu opierając się o biurko. Damien natomiast stracił całą swoją zwierzęcą postawę i wrócił do tego luzackiego bruneta, jakim się zrobił, wchodząc.
Przez resztę minut po prostu patrzeli na siebie w ciszy, mierząc się spojrzeniami.
I cisza pozostała w gabinecie Toby'ego, nawet po wyprowadzeniu Damiena.
Bardzo fajne opowiadanie nie mogę się doczeka dalszych części
OdpowiedzUsuńNo cóż, dziękuję :3.
Usuń