Strony

poniedziałek, 17 lipca 2017

Pozwól mu... - Rozdział 1 - Upaść. [Shizaya]

Hm... Dalej żyję. ;-;
Nie mam jak wytłumaczyć się z tej przerwy... Po prostu byłam leniem i za każdym razem, gdy siadałam przed komputerem żeby coś napisać, znajdywałam sobie milion innych zajęć... Ale już jestem, powoli nadrabiam. 
Co do opowiadania... W sumie to jest cliché, ale to jest takie moje małe oderwanie. ;-;
Czemu Shizaya? A czemu nie. XD
Z bloga usuwam Destiel, bo jest dosłownie do napisania od nowa. W sumie to uważam, że Ciekawy Pacjent powinnam napisać zupełnie od nowa, ale już sobie daruję. ;-;
Ps. Postanowiłam napisać Stony i jestem w trakcie pierwszego rozdziału, ale troszkę utknęłam, więc najpierw dodaję to...
Proszę nie zabijajcie mnie! | 冫、)ジー
***

- To nie jest zabawne! - Jego krzyki odbijały się w głuszy pustego, ciemnego parkingu. - Przestało być zabawne! - Światła na zewnątrz błyskały jasno, przejeżdżające samochody. Świat na zewnątrz był normalny... Życie toczyło się dalej. Izaya nie miał dla niego żadnego znaczenia. Pierwszy raz w życiu czuł się tak samotny. - Już nie chce! Koniec! Koniec! Koniec!
Ludzie spokojnie przechodzili w oddali, na zewnątrz. Nikt się nie odwrócił.
Nikt go nie usłyszał.
***

Mały odskok w prawo – kosz na śmieci uniknął jego ramienia jedynie o milimetry i zamiast tego uderzył w ziemię – potem do góry – pod jego nogami upadł ogromny słup. Izaya zaśmiał się maniakalnie.
Cóż, w przeciwieństwie do tego co myślał blondyn, skłamałby, nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu, jeśli powiedziałby, że przydreptał do Ikebukuro tylko i wyłącznie po to, żeby zdenerwować Shizusia. Miał własne sprawy do załatwienia, własnych ludzi do obserwowania, a Shizuś, jak zwykle, znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie.
Ale, skłamałby kolejny raz, jeśli nie przyznałby się do niesamowitej radości jaką czerpał z wyścigu... Bo było to tak zabawne!
Zabawne! Zabawne! Zabawne!
Kolejny unik, całe ciało w dół, przewrotka, nad głową przeleciał mu kolejny kosz, a on wstał i odskoczył w lewo, obracając się o całe trzysta sześćdziesiąt stopni, zerkając z szerokim uśmiechem na Shizusia – maksymalnie wkurzony, z obnażonymi zębami, zupełnie jak wściekłe zwierze. Od razu skorzystał z oczywistego faktu, że Izaya spowolnił się dosłownie o sekundę i doskoczył do przodu, niemal łapiąc jego kaptur. Teraz, zamiast sięgania po przeszkody, po prostu gnał przed siebie z wyciągniętymi do przodu rękami, a Izaya biegł i śmiał się wniebogłosy z nieporadności potwora, bo był zdecydowanie szybszy.
Niektórzy przychodnie ignorowali ich w strachu, inni przyglądali się z zaciekawieniem temu groteskowym spektaklu.
Żaden nie próbował ich zatrzymywać. Wszyscy za bardzo bali się konsekwencji.
Po kilku minutach szaleńczej pogoni Izaya przestał czuć na swoim karku oddech potwora, więc zgrabnie odskoczył w bok, obracając się...
Ale potwór dalej tam był. Dalej równie blisko.
Izaya wiedział, że popełnił błąd.
Oczy miał mgliste z furii, pewnie już dawno stracił samego siebie. Nie zdawał sobie sprawy z tego co robi.
Lecz zamiast wymierzyć mu potężny cios, czego spodziewał się Izaya, Shizuś pchnął go do tyłu.
Mocno.
Poleciał jak szmaciana lalka, od razu przygotowując się do przewrotu w tył, widząc że Shizuś zamierza rzucić się na niego i przygwoździć do ziemi jak zdziczały pies.
Jednak w momencie, w którym jego stopy znowu dotknęły podłoża, on po raz kolejny dzisiejszego dnia odskoczył do tyłu, dając sobie trochę czasu na obrót i rozpoczęcie ucieczki.
Brązowe oczy potwora nagle rozszerzyły się w szoku, a dzika mgiełka rozproszyła się. Ręce wyciągnął do przodu, jakby oczekiwał, że mimo dzielącego ich dystansu jeszcze uda mu się do złapać. Palce zakrzywił niczym szpony dzikiego ptaka, gotowe do natychmiastowego uchwytu.
Jednak wyglądało na to, że i ten dzień nie był szczęśliwym dniem Shizusia. Przecież jak zawsze skazany był na porażkę.
Huczało mu w uszach, bolało go ciało, a mimo tego głośno się śmiał.
Aż w końcu jedynym co dzwoniło mu w uszach był jego własny, szaleńczy śmiech.
***
Wbiegł w boczną alejkę, zdając sobie sprawę, że nawet jego ciało ma swoje limity. Poza tym, jaki miał mieć cel w bieganiu po mieście, jeśli od jakiegoś czasu nie usłyszał już głośnego, przepełnionego furią ryku Shizusia?
Przyległ do ściany za kontenerem, nasłuchując – w razie gdyby Shizuś plątał się gdzieś jeszcze w okolicy albo, co mało prawdopodobne, ale z tym potworem nigdy nic nie wiadomo, przyjął nową taktykę ataku.
Izaya nie usłyszał jednak nic poza szumem miasta, które powoli zapadało w swój własny rodzaj snu.
Dopiero wtedy pozwolił sobie na wzięcie paru głębszych oddechów. Adrenalina zaczęła opadać, a Izaya starał się uspokoić własny oddech, czując w płucach kwaśne pieczenie, mówiące mu „widzisz, nawet ty możesz złapać zadyszkę?”.
A może po prostu już się starzał?
Nie, jeszcze nie było aż tak źle.
Wyprostował się, strzelając z obolałych kości, czując na twarzy krople zimnego deszczu. Byłoby to prawie odświeżające, gdyby nie fakt, że jego ubrania nie były specjalnie wodoodporne. Na szczęście nie padało podczas jego pogoni z Shizusiem, bo wtedy nie miałby absolutnie żadnej szansy na skrycie się przed chłodem powoli oplatającym jego ciało.
Przetarł twarz i narzucił na siebie kaptur, szybkim krokiem wychodząc z alejki, mieszając się w tłumie pośpiesznie uciekającym przed nadchodzącą ulewą.
Izaya wziął głęboki oddech, jego płuca wypełnił zapach miasta. Jedynym skojarzeniem przychodzącym mu do głowy był kwas. Ikebukuro wżerało się głęboko w twoją skórę, mięśnie i kości, pozostawiając za sobą swoją własną ścieżkę zniszczenia.
Izaya uwielbiał ten zapach.
Manewrował sprawnie między przechodniami, nie mając na celu żadnego konkretnego miejsca. Teraz chciał po prostu schronić się przed deszczem i przejrzeć najnowsze wiadomości. Spodziewał się, że jego wieści o jego walce z Shizusiem już rozeszły się po internecie, co komplikowało mu pracę. W dodatku ulewa upewniała go w fakcie, że dnia dzisiejszego żaden z jego wyznaczonych celi raczej nie ruszy się z domu.
Westchnął. Ten dzień był wyjątkowo nieszczęśliwy. Być może czat Dollarów zdołałby chociaż trochę poprawić jego końcową produktywność?
Wślizgnął się do kafejki, mimo tego że godzina jej zamknięcie wybijała za niecałą godzinę. Obsługa zdawała się go nie zauważyć, co zresztą było mu bardzo na rękę, bo nie miał zamiaru nic zamawiać.
W środku było niewiele ludzi, choć była to i tak zdecydowanie większa liczba niż standardowa ich ilość o tak krótko przed zamknięciem. Większość patrzyło w telefony lub gazety i nawet nie zwróciło na niego uwagi, jednak parę osób uniosło wzrok na niego, lub raczej na zatrzaśnięte za nim drzwi, wyrażając albo politowanie albo zmartwienie, by po chwili wrócić do swoich zajęć. Izaya wymknął się w głąb pomieszczenia, siadając w samym rogu, od razu wyciągając z kieszeni telefon. Szybko rzucił okiem na osoby w pomieszczeniu – większość uczniów lub młodzików, parę starszych osób, dwóch mężczyzn w średnim wieku i jedna kobieta. Ci siedzący bliżej wyjścia, a co za tym szło, bliżej dużych okien na zewnętrzny świat, w większości wyglądali na wyraźnie zmartwionych. Zapewne również nie mieli parasola.
Jakiś student stolik dalej, pewnie nieświadomie, tupał w podłogę, jednocześnie stukając w klawiaturą, tworząc dość irytujący jednoosobowy koncert. Jednak skoro nikt do tej pory nie zwrócił mu uwagi to Izaya nie miał zamiaru być pierwszym.
Zauważając, że żadna z osób siedząca w kawiarni nie jest ani jego znacznikiem, ani specjalnie interesującą osobą, Izaya zalogował się na stronę Dollarów, wchodząc w najnowsze wiadomości. Nie spodziewał się znaleźć niczego interesującego, skoro sprawdzał je mniej więcej dwie godziny temu (właśnie w takim momencie przyuważył go Shizuś), ale z drugiej strony nie tylko twórcy Dollarów zdarzało się dostarczać mu rozrywki.
I tym razem się nie zawiódł, bo na forum wrzało wręcz od najnowszych tematów.
Czy to prawda?
Ktoś wie co się stało?
SHIZUO TO MORDERCA!!!
Wypadek!!
Czyżby Shizusiowi udało się w coś wpakować i bez jego ingerencji? Zabawne, pewnie ta bestia zapadłaby się pod ziemię jeśli to wszystko okazałoby się prawdą.
Izaya zignorował dziwne uczucie zaniepokojenie rozlewające się po jego klatce piersiowej.
Cóż, pewnie to i tak nic poważnego. Pewnie ktoś oberwał znakiem drogowym czy koszem na śmieci, a Dollary wszystko rozdmuchują. To nawet nie był pierwszy raz. Shizuś to przecież szczęściarz, bo skoro do tej pory nie gnił już w więzieniu na dożywocie, to Izaya wątpił, że kiedykolwiek do niego trafi.
Raczej. Shizuś lubił go zaskakiwać.
Izaya przygryzł wargi, ledwo powstrzymując śmiech, wyobrażając sobie siebie obserwującego Shizusia na sali sądowej.
Opanowując mimikę twarzy, wreszcie nacisnął na pierwszy temat.

Dźwięki kropel uderzających o szybę zdawały się przybrać na sile.   

piątek, 14 lipca 2017

Dwa Światy cz.10- Złamana

Cześć i Czołem 
Na początek kilka słów informacyjnych.
Tak wiem, ze znów Violetta, ale to jedyne opowiadanie, które na ten moment miałam napisane. Jak możecie zauważyć, obie nie jesteśmy tu zbytnio aktywne, a przecież mamy wakacje. No tak, mamy wiele wolnego czasu, ale w moim przypadku będąc na wyjeździe mam utrudnione zadanie. Ciężko jest mi znaleźć chwilę, aby coś sensownego naskrobać także musicie mi to wybaczyć. Do domu wracam dopiero na początku sierpnia, ale jeśli uda mi się napisać coś więcej-dodam rozdział. Na ten moment musicie zadowolić się tym jednym rozdziałem ;-;

*~*~*~*
Nie pamiętam momentu, w którym kwiaty opadły na ziemię nico się przy tym łamiąc, moje policzki pokryły się szkarłatem, a z oczu lały się gromkie łzy. W jednej chwili wszystko ucichło. Ten szumy, który dobiegał z otwartego okna, dźwięk dobiegający z słuchawek laptopa i cichy szum wiatru. Zostałam sama, w głuchej ciszy, którą wypełniało jedynie moje bijące serce. Miałam wrażenie, jakby ktoś przebił mnie kołkiem na wylot, a nogi zaczęły niebotycznie się trząść.
Złamałam się. W jednej sekundzie cały mój dotychczasowy początek utkanego nowego startu został rozdarty.
Klękłam na ziemię łapiąc łapczywie rozrzucone kwiaty w dłonie, kalecząc się przy tym kolcami róż, jednak robiłam to nie mając żadnej kontroli nad swoim ciałem. Przycisnęłam je do klatki piersiowej i schowałam nos w płatki zaciągnęłam się ich delikatnym zapachem.
Loretta objęła mnie ramieniem, przez co słyszałam jej oddech, który był znacznie przyspieszony. Przestraszyłam ją. Jej szybki oddech i drżące ręce przekonały mnie o tym, w jak okropnym musiałam być stanie. Dziewczyna nie należała do przewrażliwionych, a mimo to musiała uznać to za konieczne, skoro jej objęcia coraz mocniej się zaciskały.
-Przepraszam- Jęknęłam odrywając się od ciała koleżanki.- Nie wiem, dlaczego tak, nie mam pojęcia- Dopadł mnie słowotok. Byłam przerażona zaistniała sytuacją. Nagle zaczęłam się dusić w tym małym pomieszczeniu. Musiałam je opuścić. -Przepraszam- Mruknęłam cicho i wybiegłam z pokoju słysząc nawoływania tuż za mną. Zbiegłam po schodach, ponieważ miałam wrażenie, że muszę się wyładować. Dotarłam na zewnątrz, gdzie usiadałam na schodach i zaczęłam płakać, zakrywając twarz dłońmi.
Nie miałam siły już tego dłużej przed sobą ukrywać. Byłam cholernie zakochana w Leonie Verdasie, i nic nie było w stanie tego zmienić. To wciąż u jego boku czułam się bezpieczna i zawsze zrozumiana. Mimo tej całej sytuacji nie czułam się przy nim spięta. Byłam sobą. Nie ważne jak bardzo próbowałam się oddalić, wszystko i tak pchało mnie w jego kierunku. Był dla mnie jak magnes, który przyciągał mnie, chodź miałam wrażenie, że on tez próbował ułożyć sobie życie na nowo. Oboje nie byliśmy w stanie żyć bez siebie.
Był dla mnie czymś więcej niż kochankiem, chłopakiem. Był kimś, kogo darzyłam bezgranicznym zaufaniem i wielka miłością. Był mężczyzną, przy którym odczuwałam radości i smutki, a mimo to nie ważne co by było, ostatecznie i tak zasypiałam z jego imieniem na ustach.
Może i miałam żałować, może i był to kolejny błąd, ale nie mogłam dłużej katować samej siebie. Wybrałam jego numer i przyłożyłam telefon do ucha, a po jednym sygnale natychmiast się rozłączyłam. Nie stchórzyłam. Wcisnęłam telefon w kieszeń moich spodni i wsiadłam na rower, który jako jedyny nie stał zabezpieczony z myślą, że jego właściciel się nie zorientuje , a ja oddam go niespostrzeżenie.
Jechałam wciąż ruchliwymi ulicami Seattle. To miasto nigdy nie sypiało i zawsze działało na pełnych obrotach. Prędkość z jaką pedałowałam odczuwałam w swoich udach i łydkach. Miałam wrażenie, że z każdym kolejnym ruchem moje mięśnie odmówią i upadnę na ziemię z bolącym skurczem, jednak zacisnęłam wargę między zębami i jechałam dalej wiedząc, że od Verdas Industry Company dzieliło mnie dosłownie kilka przecznic.

Będąc już pod wielkim budynkiem nie trudziłam się z odłożeniem roweru w stojaku. Metalowa konstrukcja upadła na chodnik, a ja popędziłam w stronę recepcji. W środku było cicho, zapewne nieliczni zostali po godzinach. W drodze do środka minęłam wielkie lustro, gdzie na widok samej siebie było mi wstyd. Miałam czerwoną twarz, a pojedyncze kosmyki włosów, które wyswobodziły się z gumki przylepiły mi się do mokrego od potu czoła. Wyglądałam niczym po przebiegnięciu maratony, ale jedynie co mogłam na to poradzić w tamtym momencie to wytarcie twarzy koszulką i dumne podejście do uroczej dziewczyny, która pracowała w biurze.
-Ja do Pana Verdasa- Mruknęłam cicho i ze spuszczoną głową, aby kobieta nie zauważyła mojej opuchniętej nico twarzy.
-Przykro mi, ale Pan Verdas opuścił już firmę- Bąknęła profesjonalnie. Westchnęłam ciężko i podziękowałam kobiecie, po czym wróciłam po swój środek transportu i pojechałam w jeszcze jedno miejsce.
Doskonale znałam ten apartament. Przemierzyłam długi hol, aby udać się do windy, która miała za zadanie zawieźć mnie na piętro Verdasa. Byłam bardziej niż pewna, że tam go zastanę, na co zareagowałam małym uciskiem w brzuchu. Dłonie nieco mi się pociły, a twarz wcale nie wyglądała lepiej niż przed chwila. Wpatrywałam się w lustro w windzie i usilnie próbowałam jakoś poprawić swój wygląd, aby nieco mniej przypominać kobietę, która właśnie odbyła serie treningu na siłowni. Kiedy usłyszałam charakterystyczny dźwięk wzięłam głęboki oddech i wyszłam z metalowej puszki, po czym udałam się pod odpowiednie drzwi. Chwile przyglądałam im się zastanawiając się, czy pukać, a może by zadzwonić. Ostatecznie postanowiłam zadzwonić, aby mieć pewność, że nieważne w jakim pomieszczeniu się teraz znajduje- usłyszy go. Czekałam minute, potem dwie. Z nerwów wyginałam palce i zaciskałam wargę.
Chciałam odejść, kiedy usłyszałam zgrzyt zamka. Drzwi otworzyły się, a moim oczom ukazał się duch. Byłam wręcz pewna, ze to nie mogła być prawda. Ta kobieta wyglądała teraz zupełnie inaczej. Swoje obcisłe kiecki zamieniła na różowa, satynowa koszule nocną, szpilki na wygodne kapcie, a miejsce ciasno spiętego koka zajmowały teraz luźne fale, które kaskadami spływały po jej ramionach i plecach. Zamrugałam kilka razy, aby upewnić się, że to co widzę to nie są tylko moje chore wyobrażenia. Gdyby nie ten charakterystyczny dla niej- pogardliwy wyraz twarzy nie poznałabym jej.
Pani McDonowell, w apartamencie Verdasa.
Patrząc na jej minę była tak samo zaskoczona tym faktem jak i ja. Mierzyłyśmy się wzrokiem, ponieważ obie nie wyglądałyśmy tak jak na co dzień, pomijając mały szczególik, że ja wyglądałam jak spocona świnia, a ona atrakcyjnie.
-Castillo- Wysyczała przepełniając to jedno słowo całym swoim jadem- Co ty tu robisz?
Otworzyłam szerzej oczy. Nie miałam pojęcia jak sensownie wybrnąć z sytuacji. Prawda była taka, ze po prostu chciałam przytulić się do Verdasa i powiedzieć jak bardzo go kocham, mimo, że mnie zawiódł. Problem polegał jednak na tym, że to nie była zwykła dziunia. To była moja profesorka, której nie chciałam zbytnio wchodzić już w drogę.
-Jaa- Zacięłam się- Jestem sąsiadką Pana Verdasa.- Mruknęłam. Kobieta oparła się o framugę i uniosła jedną brew oczekując dalszych wyjaśnień. Błagałam w myślach, aby Leon wyszedł teraz zza jej pleców i wymyślił coś, abym nie musiała rozmawiać z tą kobietą. -Przyszłam, ponieważ zalał, zalaliście mi łazienkę- Odpowiedziałam nieco pewniej. Kobieta stała przyglądając mi się natarczywie.
-Kto przyszedł?- Usłyszałam w głębi mieszkania ten zachrypnięty głos.
-Sąsiadka, mówi, ze zalaliśmy jej łazienkę- Odpowiedziała obojętnie nie spuszczając ze mnie wzroku. Przełknęłam głośno ślinę, ponieważ czułam gule w gardle. Po chwili za jej plecami pojawił się wyższy o głowę Leon, który na mój widok nieco zamarł. Nic nie mówił. Zbyt długo. Miałam ochotę go za to palnąć.
-Co panią do mnie sprowadza?- Odchrząknął, a mi kamień spadł z serca.
-Zalał mi Pan łazienkę, jakby mógł Pan to obejrzeć- Wpatrywał się w moje oczy, a ja po raz kolejny tego dnia chciałam się rozpłakać.
-Tak, oczywiście- Posłał mi krzepki uśmiech- Zaraz wrócę, kochanie- Zwrócił się do kobiety i pocałował ją w policzek, a mnie przeszedł dreszcz obrzydzenia. Zbiegłam ze schodów, na sam dół. Nie chciałam spędzać chwili sam na sam w windzie i to w dodatku z Verdasem. Wolałam rozmawiać na dworze.
-Czy tobie już kompletnie odbiło?-Krzyczałam zdenerwowana- Posuwać moją wykładowczyni?- Warknęłam wściekła, na co Verdas jedynie wzruszył ramionami.
-Violetta, co cie tu sprowadza?- Wcisnął dłonie w kieszeń, a ja wyczułam w jego glosie nutkę pretensji.
-Kiedy otrzymałam ten bukiet, a bardziej ten liścik przypomniałam sobie o naszej przysiędze. Coś mnie złamało i uświadomiłam sobie, jak kurewsko cie kocham, i mimo tego gówna ciągnie mnie do ciebie, nie ważne jak próbuje. Po to tu przyszłam, aby ci to powiedzieć, ale zastałam tą wiedźmę, ubrana w seksowna koszule nocną i już nie wiem, czy nie mieszają mi się uczucia- Warknęłam zła i odwróciłam wzrok, aby pohamować napływające do oczu łzy.
-Violetta, ja też cie kocham- Szepnął mi do ucha, ponieważ jego ramie oplatało mnie już w tali i zmusiło, abym ułożyła dłonie na jego torsie. Mimo to jednak wzrok nadal miałam wpatrzony w swoje buty. Nie mówiłam nic, ponieważ nie byłam w stanie zebrać myśli. Verdas to zauważył i jak zwykle spieprzył, kiedy przyłożył swoje usta do moich, a ja jak naiwna idiotka odwzajemniłam ten czuły gest. Oddałam mu się cała. Przelałam w to wszystkie żale, smutki i złości. Chciałam, aby prze chwile mógł poczuć to co ja właśnie czułam w tamtym momencie.
-Jeśli naprawdę mnie kochasz i chcesz do mnie wrócić, to Amanda to jedynie formalność- Wyszeptał w moje usta. Oderwałam się od niego i zaśmiałam.
-Formalność- Powtórzyłam śmiejąc się- Czy ty siebie słyszysz? Tym dla ciebie jest? Była twoim zaspokojeniem, ponieważ nie umiałeś powstrzymać penisa? Powiedz Verdas, była w tamtym pokoju? Była w tym pieprzonym pokoju bólu?- Pogubiłam się, w którym momencie mój krzyk został przełamany płaczem.
-Była- Odpowiedział cicho ciągle się na mnie patrząc.
-Tak kurwa myślałam- Podeszłam bliżej- Ona nie jest tylko formalnością, to kobieta, która udupi mnie za to, że kiedyś z tobą sypiałam, ale wiesz co? Przyszłam tu z nadzieją, ze się zmieniłeś. Jednak ty wciąż jesteś tym niewyżytym seksualnie kłamcą, którego zostawiłam te pół roku temu. To przez to się rozstaliśmy, przez te kłamstwa.- Wpiłam się w jego wargi brutalnie, chodź nie wiedziałam właściwie czemu. Poczułam potrzebę, aby po raz ostatni ich zasmakować. Wiedziałam, że to było nasze ostateczne pożegnanie- Żałuję, że wtedy na ciebie wpadłam. Żałuję, że kocham cie na tyle mocno i nie potrafię przestać. Wstaję rano- myślę o tobie, Jem obiad- myślę o tobie, Sypiam z innymi- kurwa myślę o tobie. Mam dość. Zniknij z mojego życia- Szepnęłam mu w usta, po czym zabrałam rower i wsiadając na niego pojechałam do akademiku.

Po chichu weszłam do pokoju, bo jak się okazało Loretta już spała. Zrzuciłam z siebie chuchy i w samej bieliźnie położyłam się do łóżka. Śmiało mogłam stwierdzić, że była to najgorsza noc, i po prostu chciałam się już obudzić z myślą, że może ten nowy dzień, będzie chodź trochę lepszy.